|
Witanko. Jeżeli chodzi o drogę, było dobrze. Droga minęła sprawnie i bez atrakcji. Po przyjeździe zaklimatyzowaliśmy sie na campie i od razu po przyjeździe piwko lane u Aleksandra a potem odpoczynek. Słowenia w nocy przywitała nas Borą :) co bardziej nas zintegrowało popijając żołądkową gorzką :)). W niedziele pojechaliśmy nad jeziorko pomoczyć się w słoweńskiej wodzie a nasze „foczki” poopalały ciałka, po czym wróciliśmy na camping sie posilić. Po obiedzie wybraliśmy sie samochodem Arka „Tuarka” nad Adriatyk, popodziwialiśmy łajby i wróciliśmy na camp.
Wracając z Adriatyku Szczawik rozbawił wszystkich do łez ;) Przed granica włosko słoweńską stała policja co troszkę nas zmartwiło, bo w samochodzie było nas sześć sztuk :) Po przejechaniu patrolu Szczawik stwierdził : "Arek ,nie lam się. Jakby co to mamy czym spierd… " :) A tu Zonk, po stronie słoweńskiej też policja.. I zatrzymali nas. Wytłumaczyliśmy sie jakoś i zaoszczędziliśmy 150 euro, ale dostaliśmy prikaz od pana policjanta, że możemy jechać tylko do Compu i tak właśnie zrobiliśmy... W poniedziałek odbyły sie pierwsze dziewicze loty Arka i Szczawika. Ogólnie warunki nie były spokojne. Pierwszy poleciał Leon podczas lotu miał około 2,5 m/s na klapach łatając na przedpolu. Następny leciał Arek, nie miał atrakcji i tak było zaplanowane, po Arku poleciał Szczawik ,który miał ogromnego stresa przed przepaścią w którą trzeba sie rzucić :) Wypalił chyba z pakę fajek a moczu ile oddał, to nikt nie wie. Jedno jest pewne, że w krzaki latał co 5 i 10 minut. :). W końcu wystartował i tak jak Arek bez atrakcji doleciał nad camping i cały, zdrowy wylądował. Na końcu poleciałem ja. Mnie dostała się książkowa „klapa” zaraz po starcie i jak to powiedział przez radio Leon, który wtedy był na starcie, że wyglądało to bardzo ciekawie W końcu wszyscy wieczorem spotkali się przy stole, chłopcy opowiadali pierwsze wrażenia po dziewiczym locie a wieczór skończył się na laszowaniu. Drugi dzień był naprawdę lotny w sumie najbardziej polatali Arek i Szczawik. Arek powoził sie nad granią ponad 1,5 godziny, a Szczawik uderzył na anteny. Szczerze mówiąc nie mogło mu się udać, bo to było stanowczo za późno i stanowczo za nisko by mógł przelecieć dolinę. Teraz czekamy na następne lotne dni. a tak ogólnie to ... siała baba mak :D. Pozdrawiamy ze Słowenii ekipę w Polsce. Dla parateam z gorącej Słowenii relacje przedstawił Leszcz. Zdjęcia w fotogalerii |